Rozbolały mnie uszy. Cierpiałam od kilku lat. Udawałam, że nie słyszę tych słów na ulicy, u lekarza, w Sejmie czy od szanowanych dziennikarzy. Moja cierpliwość właśnie nie wytrzymała.
„Godzina czasu, dzień czasu, tydzień czasu, miesiąc czasu, rok czasu, osiem lat czasu, okres czasu”? Nie. Tak nie mówimy. To jest błąd językowy. Godzina, dzień, tydzień, miesiąc czy rok to już są określenia czasu. Same w sobie oznaczają jakiś przedział czasowy.
Mnie na określanie czasu wyczuliła profesorka od pragmatyki językowej. Zwracam na takie niby „drobnostki” uwagę, komu mogę i kto tylko jest chętny, by przyjąć tę życzliwą uwagę. Moje siostry i rodzice to wiedzą. Wiedzą to również moi najbliżsi znajomi. Teraz będę upominała osoby, których nie znam osobiście. Zmotywowała mnie głowa państwa.
Dzisiaj, jak miliony innych osób, obejrzałam debatę prezydencką. Nie wiem, czy chociaż sto tysięcy widzów telewizji z założenia publicznej, usłyszało błąd językowy faworyzowanego przez tę telewizję kandydata, a jednocześnie obecnego prezydenta. Telewizja ta ma w swojej misji zapisaną troskę o język polski.
Odpowiadając na pytanie o szczepionki na koronawirusa – czy Polska powinna je kupić i czy powinny być obowiązkowe, prezydent w krótkiej odpowiedzi wyraził zdanie, że szczepienia na koronawirusa powinny być dobrowolne, jak przy grypie. Przez dwie trzecie czasu przeznaczonego na odpowiedź prezydent wypominał, co działo się w kraju przez osiem lat rządów poprzedniej ekipy. Wtedy wypowiedział wyuczoną frazę i słowa, że „osiem lat czasu było, żeby naprawić polską służbę zdrowia”.
Panie prezydencie, do językoznawcy biegiem marsz. Pana słuchają miliony obywateli. Albo proszę wysłać swoich doradców do specjalisty, by nikogo nie wprowadzali w językowe błędy.
Każdy głos ma znaczenie, ale także każde słowo ma znaczenie. Pierwsze to prawo demokracji. Drugie to prawo języka.
